lay:

- black
- white
blog strona główna o mnie o mnie i o blogu archiwum archiwum bloga - od 9.2003r.
i tagi
transseksualizm przebieg leczenia i inne związane z tematem sprawy inne inne tematy, które mnie absorbują linki linki do stron innych transseksualistów i jeszcze innych ciekawych stron kontakt jeśli szukasz kontaktu ze mną

blog



To nie jest książka o ts, ale zdecydowałem się dodać jej taką kategorię w tagach, bo porusza kilka takich przypadków i to w sposób bardzo fajny. No wow! Tam naprawdę opisano metoidioplastykę po polsku! ;)
Rzeczywiście książka jest bardzo dobra, zgadzam się w całości z tym co o niej napisał Grabieżca. Ukazuje mężczyzn w takim bardzo ludzkim świetle ;) Ale napisana lekko, nawet humorystycznie, również polecam.
Opisałem ją tam gdzie zwykle opisuję książki ale tutaj też chcę przytoczyć niektóre cytaty:

"Łatwo sobie wyobrazić mężczyznę, który podczas weekendowego wypadu na piwo z kumplami chwali się świetnym seksem, jaki miał ostatnio. Czy potraficie wyobrazić sobie, jak ten sam mężczyzna opowiada o tym, jak onanizował się przy świetnym filmie pornograficznym Nie sądzę. Dlatego rozmowa z mężczyznami o masturbacji wymaga pewnej, hmm, delikatności." (s.49)

- autor jest lekarzem i mówi tu o rozmowach w gabinecie (tak, nawet w gabinecie musiał odpowiednio to pytanie zadawać). Swoją drogą ciekawe, że to taki wstydliwy temat, bo przecież samodzielna sesja jest pewnie nierzadko przyjemniejsza :P Jestem za tym żeby to zmienić :D


"Kiedyś widziałem w gazecie komiks, w którym starszy mężczyzna mówi do swojego wnuka: "Nie bierz tego do siebie. Każda osoba, którą spotykasz, zmaga się z czymś, nawet jeśli nie jest dla nas oczywiste, co to takiego". Trudno się nie zgodzić, prawda? Nie mogę sobie wyobrazić, jak to jest, być dzieckiem, które ma poczucie, że z jego ciałem jest coś nie tak. Matka 12-letniej dziewczynki, która przechodziła operację zmiany płci, powiedziała mi kiedyś: "Livia miała zaledwie 6 lat, kiedy spytała mnie: <>". Jedyne, co mogę zrobić, to uszanować to, że każdy żyje tak, jak chce, zmagając się ze swoimi własnymi lękami i tocząc swoje własne bitwy." (s.106)



"Dojrzały ogier z protezą prącia. Gotów kochać się w każdej chwili i tak długo, jak tylko zechce partnerka. Pozna i zaspokoi dojrzałą panią szukającą nowych wrażeń. Dyskrecja i higiena osobista na najwyższym poziomie. /Z ogłoszeń towarzyskich" (s.171)

- to ogłoszenie bardzo ciekawie brzmi... to chyba dobry przykład jak można ze swojej słabości zrobić coś godnego zainteresowania, jak słabość obrócić w siłę...


"Zawsze robiło na mnie wrażenie to, jak wielu mężczyzn cierpiących na poważne choroby, ma kochające, atrakcyjne partnerki. W wielu przypadkach zaburzenia sprawiają, że mężczyźni ci nie są w stanie uprawiać seksu, a jednak ich partnerki pozostają im oddane. Panowie, weźcie sobie do serca prawdę, którą kobiety od wieków próbują nam uświadomić: 'Nie chodzi o penisa, tylko o faceta, do którego jest on przymocowany'." (s.241)


Jest ciekawa historia 75 letniego faceta, będącego jednocześnie psychiatrą, kawalera, który jest zadowolony z tego że nigdy się nie związał, spróbował, nie odpowiadało mu (między innymi dlatego że też cierpi na fobię społeczną), masturbacja bardziej mu odpowiada niż seks ("Próba zaspokojenia partnerki i siebie jednocześnie wiązała się dla mnie ze zbytnią presją."), ale przy tym dba o siebie i to też jest jakoś fajne, z resztą myślę, że może mieć dużo racji...


"Jest jeszcze jeden powód, dla którego większość ludzi nigdy nie rozmawia otwarcie o seksie - to dlatego, że seks jest strasznie dziwaczny. To wyjątkowe doświadczenie w całym ludzkim życiu. Podczas seksu robimy intymne, bardzo osobiste i tajemnicze rzeczy z ludźmi, których ledwo znamy, rzeczy, których nigdy nie zrobilibyśmy z przyjaciółmi czy członkami rodziny - z tymi, których znamy najlepiej. Ludzie zachowują się w ten sposób, bo są tak biologicznie zaprogramowani." (s.298)

- to też dobre...

Jeszcze raz polecam :)







Tak jak wspomniałem, tyle mam do napisania, że starczyłoby na kilka notek... ale może zmieszczę w jednej? Raz, a porządnie, bardzo różne uczucia... Zacząłem próbować aktywniej poznawać ludzi (czytaj: facetów ;) ). Z zaledwie kilku luźnych (lub mniej) znajomości wiele się nauczyłem... Jak mówię - pracuję nad sobą. Aby poznać kogoś (facetów) założyłem kilka profili, ogłoszeń... Z jednego ogłoszenia odezwał się Pierwszy... Nie przeczytał jednak dokładnie mojego profilu (bo nie miał dostępu), zrobiłem screena, kazałem przeczytać ten akapit o ts (i po jakiej operacji jestem). Przeczytał i napisał, że nie ma problemu i że "seks można uprawiać w różny sposób".
Rozmawialiśmy na skype, wideorozmowa itp. ogóle. Nic z tego nie będzie - że pisze niepoprawnie gramatycznie to jeszcze można by zrozumieć, ale nie nadajemy na tych samych falach (odpływa w teorie spiskowe, i to takie grubsze rzeczy), może nawet sam ma jakieś problemy, był co najmniej podejrzewany o chorobę psychiczną (ale on nie wierzy w psychiatrię i psychologię...), nie wiem czy faktycznie na jakąś cierpi, czy też jest tylko po prostu taki oryginalny, ale to nauczyło mnie, że ludzie są naprawdę tak bardzo różni, tak, tacy też - nie wszyscy są super idealni, może mnie brakuje fizycznie, ale niektórym tak trochę brakuje psychicznie, a to może nawet gorzej...

Drugi napisał na profilu, po pewnych nieporozumieniach szybko się spotkaliśmy. On przeczytał profil uważnie, powiedział mi dużo i szczerze, i miło i ważne rzeczy... Pierwsze spotkania były najbardziej pouczające ale kolejne też były miłe. Zaprzyjaźniliśmy się - można powiedzieć. To fajny facet, ale starszy i choć nie myślałem, że to może być dla mnie problem, to chyba byłby... Ale to nie tylko to, przede wszystkim to on jest bardzo "intensywny", potrzebuje dużo kontaktu, a ja... nie. Kontakt z nim pokazał mi jaki jestem szczęśliwy w mojej samotni. To bez znaczenia czy taka jest moja natura wrodzona czy się do tego przyzwyczaiłem, fakt jest taki, że lubię to! :) Może szukałem szczęścia w tym, w czym większość ludzi szczęście odnajduje ale widzę, że mnie to męczy. A nie dostrzegałem szczęścia tuż obok... Że ono tu jest, w moim życiu, że szczęście to kiedy w sobotni wieczór usiądę na kanapie przed komputerem z paczką chipsów i będę odczuwał taką błogą satysfakcję, że posprzątałem i że wszystko wokół mnie jest teraz takie ładne... a ja tu siedzę, spokojny i odprężony i dogadzam swoim kubkom smakowym ;) Że szczęście to kiedy mogę wziąć rower (czy samochód) i pojechać gdzie chcę, kiedy chcę i na jak długo chcę, zwiedzić co chcę i jak chcę, bo nikt nie będzie na moje plany wpływał, nikt ich nie popsuje, nikt ich nie nagnie... Szczęście, to kiedy mogę odwiedzić znajomych raz na dwa albo trzy miesiące, bo częściej nie potrzebuję (i też czułbym się zmęczony). Kiedy w niedzielę mogę wstać o 12:00 albo 14:00, albo 15:00 albo przeciwnie - o 8:00 (no to chyba raczej wcale spać nie iść :D ) i czytać książkę nawet cały dzień jeśli taki mam kaprys... Kontakt z nim pokazał mi jaki jestem szczęśliwy, już teraz, nic nie zmieniając :) Myślę, że to była jedna z największych lekcji w moim życiu!
To nie znaczy, że teraz wszystkie profile pokasuję, nie, nadal będę (czasami ;) ) próbował nowych sposobów zawierania znajomości (bo kto wie czego jeszcze mogę się nauczyć?!), ale czuję, że zrobiłem przeogromny krok, teraz w ogóle nie wyobrażam sobie czuć się nieszczęśliwym z powodu tęsknoty za związkiem. Nie wiem czy to już nigdy nie wróci, ale zawsze wtedy będę przypominać sobie to co napisałem w tej notce :)
A przy tym powiedział mi wiele rzeczy, które chyba pomogły mi podbudować moją pewność siebie. Tego potrzebowałem, żeby ktoś mi to powiedział, żebym nie musiał sobie tego wmawiać. Teraz mam "dowody" na dalsze życie ;)
No i przyjaźń... podoba mi się. Kiedyś przecież właśnie tego brakowało mi najbardziej, męskiej przyjaźni... może to jest cenniejsze niż związek?
Ale to jeszcze nie koniec historii, potem, w sumie równolegle poznaliśmy Trzeciego. Fajny, grzeczny i sympatyczny chłopak. Ale też z problemami. Chociaż w sumie oni się związali. A ja się cieszę, że to nie ja wpakowałem się w taki trudny związek... Jej, jak często ja się ostatnio cieszę, że to nie ja coś zrobiłem/jestem kimś innym! ;) A to nowość, nie? Ale na plus, wreszcie prawdziwie na plus mogę coś powiedzieć o sobie ;)
Nom, widzę pewien (nawet spory) postęp u siebie, psychoterapia działa, chybabym sam nie dał rady naprowadzić się na taką drogę... Chybabym sam nie potrafił dostrzec w sobie tylu pozytywnych cech... Np. - w sumie szczera rozmowa z kimś + poznanie ludzi innych zaskutkowały tym, że zaczynam chyba doceniać, że coś tam mi się w życiu chyba jednak udało - choćby samodzielność, samowystarczalność. Dotychczas było to dla mnie takie nic, ale jednak - żyję tu, mieszkam tu sobie sam, co by się nie stało, nie zginę (czy stracę pracę, czy zdrowotnie, wiem gdzie iść, jak sobie poradzić), umiem skutecznie załatwiać wiele spraw (to jednak będzie temat na inną notkę :P ), jak się okazuje, już samo to dla wielu ludzi jest niemal nie do przebycia problem... - uświadomić to sobie to było dla mnie trochę jak prysznic, ale taki pozytywny.
A do tego jak słyszę, jak niektórzy orzą po dwa etaty (no przesadzam, ale półtora można by to nazwać), i jasne - mają więcej forsy ode mnie, to nie wiem, może można nazwać mnie leniwym, ale w sumie mam to gdzieś - to myślę sobie... a ja tego nie potrzebuję. Jasne, fajnie by było mieć więcej kasy (bo naprawdę szału nie ma w tym momencie), ale cholera nie takim kosztem... Mam co jeść, gdzie spać i za co opłacić internet (a nawet samochód i czasem mogę pozwolić sobie na jakiś krótki wypad), nie będę sobie żył wypruwał (lub choćby po prostu tracił mojego wolnego czasu) żeby móc kupić dwa razy droższe meble, Bio-ogórki trzy razy droższe niż te z dyskontu albo dom/mieszkanie zamiast wynajmować. Dla mnie wszystkie te rzeczy nie są warte mojego wolnego czasu, po prostu. Może nigdy się w życiu niczego wielkiego nie dorobię ale moja codzienność jest dla mnie więcej warta. I też fakt, że marzą mi się drogie wycieczki, ale wycieczka trwa tydzień-dwa, a codzienność przez resztę roku. Więc dla mnie wybór jest prosty. (A na te wycieczki i tak pojadę :P jeszcze nie wiem jak, ale jestem tego pewien).

No i tak z jednego do drugiego tematu przeszedłem... Wracając do poznawania potencjalnych partnerów - ok, już chyba uwierzyłem, że mogę być atrakcyjnym partnerem, nawet jeśli nie fizycznie, to hmm, osobowościowo. Super, ok, to mi wystarczy (dobrze, że jestem tak łatwowierny ;) ). Teraz trzeba by przejść na następny level, który się nazywa sex XD to będzie wersja bardziej hard :D

I w sumie jeszcze: jak tak ostatnio widziałem pewnego faceta z nadwagą bez koszulki to zaświtało mi nawet w głowie... że może pod jednym względem mam lepiej od niego - na biodrach już po hormonach mi się tłuszcz tak nie osadza, też raczej na brzuchu ale jednak na bokach trochę też... Ale tak patrząc na niego stwierdziłem, że już chyba wolę moją opcję :D przynajmniej część się rozejdzie, a nie ciąża spożywcza miesiąc ósmy... ;D To bardzo miło dostrzec takie drobiazgi na plus! :P

Z kolei wracając do Drugiego Pana, tak jakoś wyszło, że za jego sprawą wreszcie nadejszła ta wiekopomna chwila gdzie zrobiłem sobie tatuaż, ten, który w sumie miał być pierwszy, tyle lat czekał i w końcu jest drugi :P Pan Dwa sobie zrobił (inny oczywiście), pozazdrościłem ;) polecił studio, zapytał ile by mój kosztował... to już się nie było jak wykręcić :P i nie to, że zwątpiłem, raczej nie wiedziałem czy teraz, bo kasa, bo totamto... Nie czekałem z ekscytacją jak na pierwszy, ale z czasem trochę właściwie już chciałem, tam leżeć, i przypomnieć sobie jaki to jest ból, i może nawet trochę żeby już pobolało... A potem... przypomniałem sobie, aż za dobrze XD plecy jednak faktycznie bolą bardziej :P momentami to omatko... niektóre miejsca (te mocno czarne) były obolałe ładnych kilka dni. No a teraz już tylko sobie swędzi... I podoba mi się, i jestem strasznie zadowolony, i w ogóle i w ogóle ;)

No, przynajmniej z tego jestem zadowolony, a jednocześnie to przykre, że gdybym np. rodzinie się pochwalił, pewnie bym nie usłyszał słów aprobaty tylko jakieś głupie teksty. I nie chodzi o to, że szukam tej aprobaty, i tak zrobię swoje, po prostu to przykre jak niby bliscy ludzie nie potrafią się po prostu ucieszyć z mojego szczęścia... Po prostu przykre.
A druga rzecz... ojciec mnie ostatnio pytał czy nie zamierzam się ożenić, niby to było wesołym tonem, w ogóle w inny sposób było to powiedziane... i właśnie ten sposób wydał mi się tak... niesmaczny jakoś - o, to chyba najodpowiedniejsze słowo, że aż mi się zrobiło gorzej. Dużo gorzej :/ I w sumie to paskudne uczucie zmotywowało mnie do napisania notki wreszcie. Ale kiedy otwarłem plik, w którym zawsze najpierw piszę, od razu mój wzrok spoczął na cytacie, który kiedyś skopiowałem z forum Trans-Pomocy:
m.:"Ludzie rodzą się po to aby szukać szczęścia i dzielić się tym szczęściem z innymi, a nie po to żeby dopasowywać się do wyimaginowanych ram jakichś kolesi którzy nie są w stanie zrozumieć twojego szczęścia, a co dopiero się nim dzielić."

- w sumie pasuje i do tego i do tatuażu nawet też, dobrze powiedziane. I to tyle w sumie, trzeba se te słowa wziąć do serca.






poniedziałek, 4 lipca 2016, 19:21

trans broken arm syndrome - czyli o leczeniu itp...

Od ostatniej notki trochę się wydarzyło, aż nie wiem o czym pisać... Więc może tym razem o najświeższej sprawie.

trans broken arm syndrome - dobre, polecam. I związane tematycznie z notką oczywiście.

W piątek poszedłem do lekarza z "wysypką", może bym nawet to zignorował, ale ponieważ kilka dni wcześniej facet przyszedł do pracy z czymś co wyglądało niektórym jak półpasiec, a ja ospy w dzieciństwie nie miałem, a kurcze objawy się zgadzały... (to znaczy nie do końca ale o tym zaraz). Poszedłem więc do lekarza, a on jak zwykle: "pan bierze te hormony, to może być od hormonów" i mi do endokrynologa kazał jechać najlepiej jeszcze dziś, "bo to taka egzotyczna sytuacja"... no k... sam jest egzotyczny. Pojechałem do tego endokrynologa (50km w jedną stronę) chociaż jestem przekonany że to nie od hormonów (niby co? po ośmiu latach zaczęły mnie uczulać?), nie zdążyłem oczywiście, bo już miał zamknięte. Myślałem potem czy mam iść do jakiegoś innego lekarza, a może po prostu iść do szpitala i powiedzieć że nie wiem co mam robić, no chyba gdzieś by mnie pokierowali (a akurat szpital mam blisko), nawet się ubrałem ale w końcu się wróciłem, stwierdziłem że chrzanię, skoro lekarz to zbagatelizował (albo raczej chciał się mnie pozbyć, on mnie ze wszystkim do endokrynologa kieruje, jakby przerażony był tym że ja jestem ts jakby to naprawdę aż tyle zmieniało, jakbym co najmniej nie wiem - czułki jakieś miał, ogon i zieloną plazmę zamiast krwi, no ale pozbyć mu się udało mnie skutecznie, bo stwierdziłem, że zmieniam lekarza i więcej faktycznie do niego nie pójdę - już wcale), to ja też zbagatelizuję, pójdę normalnie na drugą zmianę do pracy, a lekarza kolejnego będę szukać nazajutrz. Gdyby to była ospa czy podobnie zaraźliwa choroba, to w końcu nie moja wina, że chodzę i zarażam - lekarz nie dał mi zwolnienia (i nie że tak bardzo chciałem je dostać, przeciwnie, zwolnienie byłoby mi bardzo nie na rękę, ale jednak nie chciałem też ludzi zarażać jakby coś... no ale - nie moja wina).
Bo w ogóle to było tak: w poprzedni poniedziałek wieczorem jeszcze w pracy zacząłem czuć się niewyraźnie, co raz gorzej, wszystko zaczęło mnie boleć jak przy grypie. W domu miałem dreszcze i telepało mną pod kocem przy 20-kilku stopniach ciepła w domu... Wziąłem jakiś proszek, poszedłem spać. Rano zrobiłem śniadanie i ledwo doszedłem do kanapy, usiadłem i myślałem, że chyba jednak nie dam rady do pracy tak mi niedobrze i słabo. No ale wmusiłem w siebie jakoś to śniadanie i zrobiło mi się lepiej, więc uznałem, że to osłabienie było z głodu, poszedłem do pracy i ok, wszystko było już lepiej (poza gardłem, to bolało przy przełykaniu ale tak trochę dziwnie... tak jakby się zwężało...). Poza tym że od środy zacząłem zdrapywać "żółte strupki" z krostek we włosach ...i w nosie - to była masakra, bo ciekło to i zasychało na brzegu nosa, a to nie był katar (najpierw myślałem, że mam rankę w nosie i może to limfa). Troszkę mnie też uciskało na palcach, ale zaczerwienienia wziąłem za odciski (i co tam, że nigdy odcisków po tej pracy nie miałem...). W czwartek już wiedziałem, że to nie są odciski jak mi się ich zrobiło na dłoniach kilkadziesiąt (i na stopach kilkanaście)... Historię piątku opisałem już powyżej. W sobotę poszedłem jeszcze raz do lekarza, coś w rodzaju pogotowia ale bardziej to po prostu przychodnia czynna w godzinach, kiedy wszystkie inne są zamknięte - super sprawa (i nawet też nie tak daleko ode mnie), ten już lepiej, przynajmniej wysłuchał moich objawów i orzekł, że to wygląda jak nietypowy objaw jakiejś infekcji wirusowej. I jak to wirusy - nie ma na nie lekarstwa, ale jak będę miał szczęście to już za 2-3 dni mi przejdzie. Ale przynajmniej wypisał mi coś przeciwko swędzeniu... No i w sumie to miał rację. Już przechodzi, krosty bledną, strupki robią się skórą (na razie jeszcze suchą i odpadającą), a ja też w końcu sam znalazłem co to jest dokładnie za infekcja... No i jak to nie diagnozować się samemu? Ale poważnie, zdenerwowałem się bardzo w ten piętek... znaczy taki też trochę zrezygnowany się poczułem... (aż do: "pie@#$% to, najlepiej umrzeć i mieć ze wszystkim święty spokój"), ale też pierwszy raz w życiu żałowałem, że sam nie poszedłem na medycynę... przynajmniej nikt by mi kitu nie wciskał. Oraz stwierdziłem, że więcej leków powinno być dostępnych bez recepty. Pewnie że bywają choroby, które łatwo pomylić z innymi, ale bywają też takie, które są dość oczywiste i nie widzę wtedy nic złego w samodiagnostyce. Boże, jak ja kocham to, że to jest mój blog i mogę tu takie rzeczy napisać! ;)
W każdym razie: krostki były cieknące, jak w ospie, poza tymi na dłoniach i stopach, których było zarazem najwięcej, a to już nie pasuje do ospy, więc szukałem dalej, szukałem, aż znalazłem. Gdyby ktoś był ciekawy: choroba bostońska (to nie jest poprawna nazwa), choroba dłoni, stóp i jamy ustnej (i może jeszcze raz). Czyli w sumie też zakaźna, ale znów... no skoro nie dostałem zwolnienia ;) mnie już przechodzi ;) (a większość ludzi jednak odchorowało już pewnie te dziecięce choroby, to tylko ja byłem takim zdrowym dzieckiem :P ).

No i napiszę jeszcze - dostałem oficjalny list: kasa chorych bez dalszych uwag pokryje koszty poprawki mastektomii! :) Tzn. To było tak jak tutaj napisałem. Wysłałem to pismo i w ciągu dwóch tygodni odpisali mi, że mam przysłać dokumentację zdjęciową w zamkniętej kopercie, z dopiskiem: dla MDK, dopytałem czy muszą być od lekarza, czy mogę sam zrobić. Mogłem. Więc zrobiłem pod wszystkimi kontami i chyba z dziewięć zdjęć im wysłałem. Takie były dramatyczne, że przyznali zgodę ;D (no właśnie tak to wygląda, że zależnie jak ułożę ciało, to wygląda to albo ok, albo bardzo kiepsko... więc wiadomo jak ułożyłem do zdjęć ;) ). No i już bym się umawiał na termin, ale ta infekcja... teraz muszę wyzdrowieć do końca... (i jeszcze wygoić tatuaż bo termin mam za parę dni :P).







Lukrecja w ciele Krzyśka - Lukrecja Kowalska (okładka) Książkę skończyłem czytać w niedzielę :) Cóż mogę powiedzieć... tak naprawdę mogę się podpisać całkowicie pod wpisem Marcina, więc nie będe się powtarzał ani co do recenzji ani krytyki ;) Powtórzę tylko, bo to jest ważne, że książka była o tyle inna od innych, że opowiada historię odkrywania siebie od transwestytyzmu do transseksualizmu - co było powiewem świeżości i ciekawie się czytało :) Ale pewnie też dlatego nie odnalazłem w niej wielu fragmentów, z którymi mógłbym się w pełni zintegrować (ale to nie wada przecież :) ). Ale jeden cytat zamieszczę na końcu. Wcześniej jednak jeszcze muszę się odnieść do innego fragmentu:

"Bardzo ważne jest dla mnie to, jak zostałam przyjęta w zgromadzeniu Świadków Jehowy. Wiem doskonale, jakie stanowisko w sprawie osób transseksualnych zajmuje kościół katolicki. Nie mogłabym odnaleźć się w wierze kreowanej przez ten kościół. Podziwiam Kingę Kosińską, że Ona walczy o swoje miejsce właśnie w tym kościele."

Stanowisko Świadków Jehowy nie jest tu wcale lepsze (a kto wie czy nie gorsze), niestety (bo też uważam, że to bardzo sympatyczni ludzie itp. - chociaż no... dla obcych, jeszcze nie Świadków, bo dla swoich to gorzej). Więc nie chciałbym studzić zapału, ale... wystarczy ich zapytać o oficjalne stanowisko dotyczące transseksualizmu, jest coś takiego, nie co oni myślą i mówią, tylko oficjalne stanowisko Strażnicy, na piśmie. Głosiciele to mogą nawet nie wiedzieć, nawet pionierzy. "Moi" nie wiedzieli, sami się dowiadywali. No a potem mi przeczytali ;) Chyba że się zmieniło przez ostatnie 8 lat, chociaż wątpię ;) (tu taki przedsmaczek). Także czarno widzę odnalezienie się w Zborze ŚJ, jak i w KK (chyba że komuś nie przeszkadza bycie grzesznikiem ;) niby takim samym jak inni wierni, a jednak innym). Szczerze mówiąc w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić odnalezienia się w jakimkolwek wyznanu chrześcijańskim ;) (i to nie ze względu na -seksualizm nawet), ale to już inny temat.

"Może tam, gdzie mnie nie znają, będzie inaczej. Nie było. Nie mogło. Bo ta inność tkwiła we mnie. W środku."






czwartek, 2 czerwca 2016, 04:42

Smuci mnie...

Jest na pewnym forum temact "Co mnie smuci?" więc wpisałem dziś: Smuci mnie, że facet, który mi się podoba ma dzisiaj urodziny, a to nie ja jestem tym, który je z nim świętuje... Smuci mnie, że w ogóle nie wiem czy ma je z kim świętować. Smuci mnie, że jest prawdopodobnie hetero, a nawet jak nie, to nie wiem jak do niego dotrzeć i to też mnie smuci. Smuci mnie, że nie widziałem go pół roku, a i tak mi jeszcze nie przeszło i pewnie nie przejdzie przez następne półtora, bo mnie tak zawsze trzyma. Smuci mnie ponadto, że kiedy się smucę, to nawet nie mogę ot tak po prostu porozmawiać o tym ze znajomymi z pracy, tak po prostu jak wszyscy inni mogą, nie kombinując, nie mówiąc półsłówkami, nie kłamiąc itp. Też mi to utrudnia, takie mam poczucie że to mnie jeszcze oddatkowo oddziela od innych ludzi, znowu... cały czas... Smutno mi po prostu z wielu różnych powodów...

[tagi: smutek ]









© ja i zdjęcie też ja
rss - mylog.pl

...i inne takie tam

tu sobie piszę jak mi grafomania nie daje spokoju ;) ot takie tam pierdółki jak mi się nudzi:



instagram:



brak kategorii (106)
ukryte (13)
na hasło (0)
wszystkie (119)