lay:

- black
- white
blog strona główna o mnie o mnie i o blogu archiwum archiwum bloga - od 9.2003r.
i tagi
transseksualizm przebieg leczenia i inne związane z tematem sprawy inne inne tematy, które mnie absorbują linki linki do stron innych transseksualistów i jeszcze innych ciekawych stron kontakt jeśli szukasz kontaktu ze mną

blog



Chłopiec w czerwonej sukience - Maciej Loter (okładka) Oczywiście na książkę napaliłem się bardzo - wreszcie coś autorstwa k/m ;) Przeczytałem w sumie w dwa dni. Książka spoko, na początku wiadomo: euforia, bo też tak miałem! potem mniej, zwłaszcza jak się zaczyna o zakochaniach, to nawet zaczyna mnie nudzić, i nachodzi myśl: "znowu hetero" ;) ale to i dobrze może, to znaczy że nadal jest nisza i mogę napisać swoją książkę :P Z resztą na szczęście aż tak dużo nie ma o tych związkach, wątek się jakoś kończy. A potem korekta i hmm, on dopiero wtedy doświadcza przykrości, bo wcześniej był lubiany - znowu coś z czym ni jak nie mogę się zidentyfikować. U mnie było odwrotnie.
Brakuje mi trochę większego dramatyzmu przed korektą, niby jest ale mało ;) ale znowu - dzięki temu moja książka byłaby inna ;) (choć może też ludzie nie mają ochoty czytać aż tak smutnych książek...). Podsumowując: ja się jakoś nie mogłem zidentyfikować z nim do końca, o wiele bardziej mógłbym z Kingą Kosińską mimo że ona jest m/k. Teraz jak zwykle wkleję cytaty czasem z komentarzem, więcej ich z początku książki, bo dalej to jak mówiłem - gdzieś się tam jego historia rozchodzi z moją ;) Większość cytatów bez komentarza, bo cóż tu więcej dodać...



"Ciężar włosów jest jak najgorsza kara i upokorzenie. Dziwnie mi w środku, nie cieszę się razem z mamą z tych włosów. NIe pękam z dumy. Nic a nic. Pojawia się zaczątek poczucia winy, że chyba powinienem się cieszyć. Razem z innymi podziwiać te włosy. (...) Mama patrzy na nie, ale inaczej, z zachwytem i dumą. Trochę mi smutno. A nawet mocno. Nie mam pojęcia dlaczego."
(s.12)


"Czytałem kiedyś artykuł, w którym dowodzono, iż ludzie mający skłonności do depresji w dzieciństwie bardzo dotkliwie przeżywają nawet krótkie rozstania z matką."
(s.13)

No ja przeżywałem bardzo. Jednak tu chodzi o to, że niby potem kiedy matka wraca oni się "obrażają", że znów mogłaby ich zostawić, ni chcą do niej podejść i to taki mechanizm obronny. Tak nie miałem. Wyczekiwałem mamy, denerwowałem się jak się spóźniała itp. Znaczy w przedszkolu to jeszcze było ok, bo dzieci szły leżakować, a mnie mama odbierała wcześniej, więc nie odczuwałem oczekiwania. Ale w zerówce pamiętam raz czy dwa się spóźniła - jeszcze chwila i bym się chyba rozchorował, już w tym wieku miaęm wizje jakieś katastrofalne (ale tak też zostałem wychowany - jak ktoś się spóźnia, to na pewno stało się coś strasznego ;) ).



"Kupiono mi białą bluzkę (nie podoba mi się), czarną spódnicę (jeszcze bardziej mi się nie podoba) i czarne buty, które się fajnie błyszczą, gdy wychodzę na ulicę, ale na moich nogach wyglądają bardzo źle. (...) Nogi są dziwnie swobodne, owiewa je powietrze. To wrażenie swobody nóg, braku nogawek, na wiele lat będzie stanowiło dla mnie jedno z najgorszych możliwych odczuć. Wspomnień, które kroją serce na pół i zaciskają gardło. kojarząc się z upokorzeniem i klęską.
(...)
- Teraz to dopiero będzie fajnie. Szkoła i nowe koleżanki i koledzy...
Nie wierzę w to, nic, co zaczyna się w ten sposób nie może być fajne.
(...)
Czy się stresuję? Jestem przerażony. Przecież powinny pamiętać, jak bardzo nie lubię, gdy wokół mnie jest dużo dzieci. Czuję się zdekoncentrowany i niepewny. To, co mam na sobie, nie dodaje mi pewności siebie. Nie nazywam tego w myślach. Dziś już umiem. Czułem się jak pajac."

(s.15)

No tak, znam to uczucie doskonale. A w ogóle klęska i upokorzenie - o, to też. Przez większą część czasu się tak czułem (to i chyba nic dziwnego, że tak wiele wspólnych odczuć mam z dziećmi molestowanymi - one chyba też upokorzenie czują).



"Gdy znam odpowiedź na pytanie nauczycielki, nigdy się nie zgłaszam. Nie zniósłbym sytuacji, w której uwaga całej klasy zwrócona byłaby na mnie."
(s.16)

Same here. To byłoby straszne.



"Ze zdziwieniem obserwuję ich (dziewczynek) sukienki, spódniczki i różowe rajstopki. Zastanawiam się, dlaczego one chcą się tak ubierać, a ja nie. Dlaczego chcą mieć długie włosy, na które ja nie mogę patrzeć? Albo te ich tornistry w kwiatki i zeszyty z księżniczkami - okropność. Przeciwstawiam się temu, nosząc plecak i kalosze z moimi ukochanymi Żółwiami Ninja. Bronią mnie przed inwazją dziewczynek i ich niezrozumiałym zachowaniem."
(s.21)

Zeszyty w kwiatki i księżniczki jak zeszyty. Ale jak one zaczęły staniki nosić to myślałem, że padnę na glebę - dlaczego ktoś mógłby chcieć sobie coś tak strasznego robić? XD



"Z resztą nie jestem kimś, kogo od razu można polubić. Zbyt często milczę, bo większość słów przeznaczam na monologi we własnej głowie. Na zewnątrz jestem zbyt spokojny, bo energię zużywam na tworzenie rozbudowanych scen, które powinny mi się wydarzyć, a jednak się nie wydarzają." (s.22-23)

Najgorzej że ja mam tak nadal ;)



"(...) pierwsza komunia staje się czasem małej wojny. Cichej wojny, bo odbywa się ona głównie w mojej głowie. Czasem tylko wychodzi na zewnątrz poprzez ściągnięte usta, uparte milczenie czy zmarszczone brwi. Słyszę wtedy bardzo często słynne zdanie, które na długi czas stanie się moim wielkim wyrzutem sumienia: Ty jesteś wiecznie niezadowolony... Oni używają żeńskiej formy przymiotnika, której nie słyszę. Nie mogę słyszeć, bo nie zniósłbym stężenia pretensji zawartych w tym zdaniu. Nie dość, że mówią jak do dziewczyny, to jeszcze rzucają mi w twarz moje negatywne nastawienie."
(s.26)

Możecie sobie wyobrazić jak to jest słyszeć jeszcze pretensje w takiej sytuacji? ...



"Trudno być zadowolonym, gdy nienawidzi się wszystkiego, co inni szykują dla mnie z takim poświęceniem i entuzjazmem. Bardzo dziwnie jest czuć obrzydzenie i lęk odnośnie do tego, co moi najbliżsi uważają za coś ważnego, radosnego i wręcz odświętnego. Ten rozdźwięk mnie męczy, nie potrafię go zignorować. Jednocześnie jestem pewien, że moje odczucia się niezmienne, szczere i słuszne. Całym sobą nienawidzę tej sukienki, która wisi na drzwiach szafy. Brzydzi mnie każdy jej fragment, od bufiastych rękawów po szerokie falbany na samym dole. Na myśl, że mam to coś założyć i pokazać się z tym na ulicy, robi mi się na przemian gorąco i zimno. Opór rozsadza mi czaszkę, tętni w uszach.
Idę do kościoła, bo jestem posłuszny. Gdybym zamiast rodziców miał słuchać swoich odczuć, wziąłbym nożyczki i wśród nocnej ciszy pociął na małe kawałeczki całe to odświętne szkaradzieństwo. Ale mama nauczyła mnie posłuszeństwa i szacunku do pieniądza. Rodzice zapłacili za tę sukienkę dużo pieniędzy, więc jak mógłbym ją zniszczyć. Przecież ja nie stwarzam takich problemów. Poza tym wszyscy dookoła są bardzo przejęci i najwyraźniej się z tego wszystkiego cieszą. (...) Mimo tej wojny w głowie, mimo kotłujących się w niej myśli staram się uśmiechać. Bo czy mam prawo psuć wszystkim ten wyjątkowy dzień?"

(s.26-27)


"Niosę na sobie tę białą płachtę materiału jak karę za grzechy, których nie popełniłem. Jest ciężka, drapie, jest mi wstyd, że inni muszą mnie oglądać w takiej obrzydliwej wersji. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że chciałbym mieć biały garnitur. Wiem to i jednocześnie próbuję tego nie wiedzieć, bo to zbyt smutne.
Na zdjęciu wyglądam, jakbym się miał zaraz rozpłakać. Patrzę gdzieś poza obiektyw, niepewnie trzymam wielką świecę, najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Ale jestem posłuszny, tak, dobrze o tym pamiętam. (...) nawet próbuję się uśmiechać do wujków pstrykających zdjęcia. Klik, klik - na całą wieczność utrwalają moją idiotyczną fryzurę i idiotyczny strój. Wysłuchuję nieistotnych dla mnie życzeń, jak automat odbieram bombonierki i koperty."

(s.28)


"Za każdym razem, gdy się ubieram, w moim pokoju na poddaszu dzieją się sceny iście dantejskie. Moja mała wojna już nie toczy się tylko w mojej głowie, ale i poza nią. Pokazuję, na co stać mój niezadowolony umysł. To jest kolejny przełom. Chcę być posłuszny, ale nie umiem, bo granice mojej wytrzymałości zostały właśnie przekroczone. Płaczę, wściekam się, chowam się po kątach. Za każdym razem przegrywam i z popuchniętymi od płaczu oczami i zachrypniętym od krzyków gardłem kroczę chodnikiem, obok mamy. Gromadzące się ciągle na nowo łzy zacierają kontury i kształty. Bardzo dobrze, mało co mnie obchodzi. Nie chcę nic widzieć. Chcę zniknąć."
(s.29)

Ostatni cytat to jak pisze, dowiedział się o białym tygodniu. Jak to przeczytałem, to uświadomiłem sobie, że ja w ogóle nie pamiętam białego tygodnia. No był, na pewno chodziłem. Ale chyba mój umysł wyparł chociaż te wspomnienia ;) Chociaż przypuszczam, że też się nie obyło byz oglądania świata przez łzy.


Potem opisuje, że na pogrzeb pradziadka poszedł z ojcem kupić elegancką czarną kurtkę. W końcu wybiera niezbyt pasującą ale jest tak zafascynowany, że ojciec zmieszany kupuje mu ją:
"W sytuacji podbramkowej, gdy już zaraz trzeba wychodzić z domu, [mama] pozwala mi założyć kurtkę, która nie ma w sobie nic z elegancji, oprócz tego, że jest czarna. Na pogrzebie z jednej strony cieszę się, że moja cudowna kurtka przykrywa idiotyczną białą luzkę, z drugiej - przykro mi z powodu mamy. Nie wiem, co z tym zrobić, uczucia biegną w dwie strony jednocześnie, a ja stoję pośrodku. Jest tu bardzo niewygodnie i nie ma się czego trzymać. Czarna kurtka parzy, jakbym na ramiona założył samo piekło." (s.31)

Właśnie to jest dodatkowa trudność transseksualizmu. Kiedy się samemu źle czuje, a jeszcze do tego zawodzi innych i ma się bolesną świadomość, że się ich zawodzi. To boli podwójnie.



"Zmiana płci - jak to strasznie oschle brzmi. I jak dziwnie. Patrzę na czerwone krech blizn po usuniętych piersiach, na bezkształtne penisy, , wyglądające jak grube parówki przyklejone do szerokich, nadal kobiecych bioder.
Nie wiem, co myśleć. Z jednej strony okaleczone ciała budzą mój sprzeciw. Z drugiej, myślę sobie, że to lepsze niż piersi i cała reszta. Gdyby tak bohatera zdjęć ubrać w jakieś spodnie i sweter, może nie wyglądałby tak źle? Na co dzień blizn przecież nie widać. A penis to zawsze penis, co z tego, że bezkształtny?"

(s.34)

True, true :P



"Przyglądam się im [dziewczynom] z uwagą i dziwię się, gdy chwalą się, jak to fajnie kupować stanik i w ogóle są całe w uśmiechach. Litują się nad kolegą, żałując go, że nigdy nie doświadczy takich pięknych momentów. Kolega słucha, zadumany, po czym wypala:
- A co to za frajda mieć takie balony na klacie?
Zapada cisza, którą po chwili wypełnia chichot dziewczyn. Moja twarz tężeje. Ta pełna szczerego zdziwienia wypowiedź wwierca mi się w mózg. "Faktycznie, co to za frajda?" - myślę, a siła tego pytania sprawia, że przestaję oddychać. Patrzę na swój sweter, gdzie ciągle jest całkiem zwyczajnie i płasko. Nie zastanawiałem się nad tym, że coś tam kiedyś może wykiełkować. Ale przecież pewnie wykiełkuje. I to nie będzie normalne. To będzie niepojęte."

(s.35)

:D W ogóle ta książka mnie śmieszy, bardzo chce mi się śmiać czasami. I tylko zastaawiam się czy autor rzeczywiście tak zabawnie ją napisał czy to ja ulegam nerwowemu śmiechowi... Takiemu w jaki wpadają czasem ludzie jak nie wiedzą co robić, jak odruch niekontrolowany np. w obliczu śmiertelnej choroby...



"Dlaczego nie mogę mieć cienkich, łamliwych włosów? Tak, łamliwe byłyby w sam raz... Wtedy pewnie fryzjerki zalecałyby mi obcinanie na krótko, żeby je wzmocnić. Nikt by się nimi tak nie interesował, nie przyglądał im się z uznaniem i nie opowiadał mi o nich, tak jakby sam fakt, że istnieją, nie był wystarczająco straszny.
Ale to już nie moje zmartwienie, dzisiaj bowiem nastąpi ich koniec. Boję się, ale też jestem pełen ekscytacji. Dotychczas mogłem podcinać włosy jedynie do ramion, bo tata ma dość konserwatywne poglądy odnośnie do ich długości. Cóż, gdyby sam musiał je nosić, pewnie zmieniłby zdanie."

(s.38)


"Mój nierozwiązywalny problem z pomylonym ciałem jest tak wielki i ciężki, że wyczerpuje cały mój limit zamartwiania się. Nie umiem przejmować się czymkolwiek innym."
(s.56)


"Mimo starań czasem nachodzą mnie straszne wizje o obowiązku realizowania kobiecej roli, o kobiecych ubraniach, kobiecej starości. Cierpię od tego i kulę się w sobie. Oficjalna ścieżka, jaka została mi wyznaczona, jest tak straszna, że aż niemożliwa. Nie wierzę w jej istnienie, a jednocześnie jestem nią przerażony. Okazuje się, że tak można."
(s.56)


"Wychowawczyni informuje całą klasę, dlaczego mnie nie ma i co teraz ze mną będzie. Zmienia płeć, zmieniam płeć. Nie cierpię tego sformułowania, bo rzmi tak, jakbym był dziewczyną i nagle stwierdził: "A teraz dla odmiany będę sobie chłopcem!" To przecież nie ma nic wspólnego z tym, co się ze mną dzieje. Ja tylko wychodzę spod lodu na powierzchnię."
(s.71)


"Gdy moja tajemnica wypływa na wierzch, stając się dobrem wspólnym, razem z nią wypływa coś jeszcze... Zapoznaję się ze złem. (...) Jest wielopostaciowe, przyczajone wszędzie dookoła. W oczach przechodniów, w drwiących uśmiechach sklepikarek, w szeptach kilkuosobowych grupek, tworzących się na chodnikach zawsze kilka metrów ode mnie. Dzieje się to, czego najbardziej boję się podczas oglądania horrorów.
Ci dobrzy stają się źli."

(s.77)

A u mnie było odwrotnie. Pewnie to wynika z tego, że jego wcześniej wszyscy lubili, mnie (prawie) nikt. W związku z tym nie było wokół żadnych "dobrych", którzy mogli stać się źli. Byli sami źli, więc po czasie okazało się, że jednak nie wszyscy są tacy źli. Albo ja dostrzegłem w nich dobro.
Może dobrze, że nie byłem ani popularny ani lubiany, bo nikt nie pamięta kogoś kto prawie nie istniał ;)


Co mnie jeszcze zdziwiło - on jest tylko rok starszy ode mnie, a w wieku 17 lat internet jeszcze był dla niego pewną nowością, to mnie trochę zdziwiło, bo ja już myślałem że jakoś wtedy zaczęły się te czasy co raz powszechniejszego internetu.


"Często pojawiają się nieracjonalne myśli, bliskie paranoi. Boję się, że nikt nie zrobi mi tej operacji, że już taki zostanę. A gdybym miał taki zostać, wolę, żeby mnie w ogóle nie było."
(s.105)


"Ich dylematy są dla nich największymi z możliwych, bo nigdy nie poznali tych ogromnych. Nie umniejszam znaczenia ich zmartwień. Gdy ktoś mi się zwierza, słucham go uważnie i razem szukamy rozwiązań. Kłótnie z rodzicami, rozstanie z chłopakiem, zdrada dziewczyny - to nie byle co. Mimo to czuję się staro. Mam wrażenie, że mój problem uderzył głębiej, zachwiał podstawą tego, kim byłem, podkopał moją pewność siebie na niewyobrażalną głębokość. Nikt wokół mnie nigdy tego nie poczuł.
Bliscy znajomi próbują zrozumieć, co przeżyłem. Robią to dla mnie, żeby lepiej mnie zrozumieć, żebym mógł się im wygadać i wyrzucić z siebie jakiś ułamek pretensji do losu. Ich próby są miłe, ale nieudane. Nikt nigdy nie poczuje, jak to jest mieć nie to ciało co trzeba, jeśli urodził się z odpowiednim. Z drugiej strony nikt nigdy nie poczuje takiej radości ze swojego dostosowanego ciała, mając je prawidłowe od zawsze. A ja z tym wszystkim zawsze będę czuł się nieco starzej."

(s.119)


"Gdy już chwytam za klamkę, [lekarka rodzinna] mówi, że podziwia moją odwagę. Uśmiecham się i dalej nic nie mówię. Nie mówię, bo wiem, że to nie kwestia odwagi. To kwestia wyboru między koszmarem a życiem. Właściwie wyboru nie ma. Można tylko ze wszystkich sił dążyć do normalności, tak jak robią to wszyscy dookoła, tyle że w innych kwestiach. Każdy chory chce być zdrowy. Człowiek bez nogi stara się o protezę. Człowiek z jakąkolwiek dysfunkcją rehabilituje się, marząc o sprawności. Tak samo i ja, jak setki innych ludzi, których transseksualizm pozbawił odpowiedniej cielesnej powłoki, robię wszystko, by ją sobie zorganizować. Gdzie tu miejsce na odwagę?"
(s.132)

Dokładnie tak to widzę... dobrze to ujął.



"Dziewiętnastolatka na wieczną banicję wśród rówieśników skazać może najmniejszy drobiazg, odróżniający go od reszty. Ja wyróżniam się tym, że przeskoczyłem ścianę, która dzieliła ciało od psychiki, płeć od płci. Nie wiem, czy można wyróżniać się bardziej."
(s.133)


"Wyobrażam sobie siebie z wąskimi biodrami i jestem pewien, że byłbym wtedy lepszym człowiekiem. Prawdziwszym. W wyobraźni przymierzam wszystkie swoje ciuchy, dopasowuję zagniecenia i marszczenia do siebie w nowej wersji. (...) Po co mi te myśli? Czy dobija się do mnie widmo życia, które uciekło mi przez palce? Całkiem bezproblemowego i normalnego, od początku cieleśnie męskiego, przesyconego testosteronem, bez żadnych wątpliwości? Nie wolno tak myśleć, już pisałem, że to droga donikąd. Tylko dlaczego drogi donikąd bywają tak kuszące?"
(s.150-151)


"Widząc, co dzieje się z moim umysłem, zaczynam unikać ludzi. Coraz bardziej boję się spotkań w większym gronie. Boję się, że będzie widać, że się sam siebie boję. Siebie i swoich stanów wypływających gdzieś z czarnej, głębokiej rany wewnątrz mnie. Tej, którą byłem pewien, że już dawno zaleczyłem. Na zmianę wściekam się i płaczę nad swoim strachem. Najbardziej ciąży mi fakt, że rodzice wydali tyle pieniędzy na moje operacje, wszyscy tak mnie wspierali, a moje demony i tak wróciły. Wróciły i szepcą mi brzydkie rzeczy do ucha. Mówią, że nie jestem godzien życia wśród ludzi, że obojętnie jak będę się starał, zawsze będę gorszy od reszty"
(s.154-155)

To nie jest koniec, bo potem poszedł do psychologa. Ja też pracuję nad tym ;)



"Gdy przeszło się piekło, nic nie wydaje się gorsze."
(s.160)

"To, kim się czuję, to właściwie jedyne, w co nie wątpię. (...) To, że to zrobiłem, wylazłem z szafy, ujawniłem się, zrobiłem coming out - jak zwał, tak zwał - nazywam moim małym, prywatnym cudem. Cudem, który musiał się wydarzyć, bo nie miałem wyjścia. To znaczy miałem, jedno, ale wtedy nie pisałbym tych słów, tylko gnił pod ziemią, siedział na jakiejś wygodnej chmurce lub smażył się w piekle (w zależności od tego, czy Bóg istnieje i jakie ma poglądy na temat osób transseksualnych)."
(s.168)

Też to zawsze tak widziałem, i okreslenie "cud", też takiego używam.

Co mnie jeszcze uderzyło: pierwsza miłość i te wszystkie wątki - ja żyłem w wyobraźni, bardzo w swojej głowie, a on jednak w świecie realnym, mnie świat w ogóle nie interesował. Nie wiem czy miałem ładne koleżanki, bo mnie interesowała dziewczynka z filmu dla młodzieży i to była moja dziewczyna :D A jak trochę urosłem, to już została nią bohaterka serialu ;) A jak się zainteresowałem seksem, to się okazało, że jednak wolę facetów :D i tak to wygląda.

I jeszcze dwa słowa na temat końcówki książki. Fajnie że autor próbuje ludziom dość obszernie wyjaśnić skąd się bierze transseksualizm, brzmi to profesjonalnie, spójnie, sensownie, przytacza jakieś badania... tylko że brakuje mi słowa "najprawdopodobniej" :P Bo jednak tak na 100% to nie zostało udowodnione.
I druga rzecz - podaje koszty... a zacytuję jednak sobie:
"O ile za pierwszą operację płaci się obecnie ok. 6-8 tys. zł (w niektórych miastach jest refundowana), za drugą 10-12 tyś., to koszty trzeciej tutaj się dopiero zaczynają. Mogą skończyć się nawet na 100 tyś. Im drożej, tym ładniej i efekt bardziej zbliżony jest do naturalnego. To dużo. Ale mało za normalne życie."
(s.169)

Tak, z ostatnim zdaniem się zgadzam. Natomiast co do kosztów... ok - pierwsza operacja tyle kosztuje (ale można też zapłacić i 12 tyś., też taki przypadek był, są i tacy chirurdzy), natomiast koszt drugiej to nie wiem skąd wziął... ok, co do drgiej to koszty się wahały, były już wyższe (niż kiedyś), ale potem jakby znów trochę zmalały... ja bym raczej powiedział 4-5 tyś., no może 6. O ile koszty I. rosną, tak drugiej już (na szczęście) nie tak szybko, a nawet mogą maleć. Bo jednak histerektomia jest o wiele powszechniejszą operacją, wykonywaną co raz częściej z tego względu, że to także operacja częsta u kobiet.
Co do cen testosteronu, podaje Prolongatum, ale 5 ampułek na około półtora miesiąca? hmm, co to jest za dawka? zawsze myślałem że Prolongatym to taka "połowa" Omnadrenu, a typową dawką Omnadrenu jest ok. jedna ampułka miesięcznie (oczywiście jak mówimy o przypadku po II. operacji), więc obstawiałem że Prolongatum bierze się ze dwie, a nie więcej? Tak czy siak podaje coś, nie rozgraniczając na etap itp. Ale może ja się czepiam :D A poza tym jest w środowisku ts takie coś... że wielu ludzi podaje coś z taką całkowitą pewnością - a ja widzę, że nie mają racji. A oni twierdzą, że mają, że muszą mieć, bo przecież mówią na własnym przykładzie! To samo tyczy się też np. Poradnika Prawnego, pisanego przez prawnika, który twierdzi, że np. biegły w naszych sprawach musi być, bo musi w każdym procesie tego typu. Cóż, jakby to powiedzieć... i nie zabrzmieć nieskromnie ;) od 12 lat czytam każdą polską stronę, każdego ts-bloga na jakiego trafię (a wydaje mi się, że trafiam na niemal wszystkie, chyba że się ktoś totalnie nie reklamuje ale raczej jak ktoś chce służyć pomocą to się reklamuje), każdą notkę na tym każdym blogu, WSZYSTKIE wątki na wszystkich forach (na jakie trafię, ale - jak wyżej), a co za tym idzie także każdą relację, więc... więc widzę, że czasem prawo sobie, a praktyka sobie ;) Albo te różnice w cenach. Albo jeszcze inne różnice. Dlatego ja pisząc coś albo odpowiadając komuś nie wypowiadam się tylko na podstawie mojego doświadczenia. I staram się być obiektywny, także... ;)







Wczoraj dostałem pocztą ten tekst zapytania do kasy chorych... czyli ja mam to wysłać, a nie szpital to wysyła - w sumie logiczne, ale szkoda, że od razu nie zapytałem jak to się odbywa i co mam robić, może by to wcześniej poszło, a tak czekanie na odpowiedź kasy chorych zaczyna się liczyć od dzisiaj... Z tego co wiem mają na to 2 tygodnie, znaczy mam nadzieję, że na to też, bo to nie jest jakiś taki oficjalny urzędowy wniosek... Ech, no nic, zobaczymy co się stanie dalej. Ogólnie to czuję się trochę tak jak przed zmianą dokumentów - gdzie musiałem czekać na jakieś urzędowe sprawy, które trwają... a w międzyczasie niewiele można zrobić, takie zawieszenie. Tym razem mam na myśli takie zawieszenie zawodowe - myślę coś tam żeby lepszej pracy szukać (znaczy lepiej płatnej), no bo... ok, zarobiłem w zeszłym miesiącu tyle, że jestem na zero, ale to tylko dlatego że miałem dwa tygodnie nocnej zmiany, więc wyszło jakoś 200€ więcej. A tak dostałbym tysiąc €. A wydatków mam tysiąc dwieście. Bez komentarza. Poważnie. W tej chwili zarabiam mniej niż wydaję. W tym miesiącu będzie już tylko jeden tydzień nocnej. Ale hmm, w tym tygodniu chyba już wskoczyłem na pierwszy dodatek branżowy, nawet nie wiem ile to jest, bo nie pamiętam, niewiele więcej ale z doświadczenia wiem, że te małe podwyżki jakoś najbardziej się odczuwa (pewnie dlatego, że te większe już zżerają podatki). W każdym razie wiem, że może mógłbym, przy odrobinie szczęścia zarabiać dwa razy tyle (znaczy się to brutto mówię :P bo netto to nieee, nie wiem ile musiałbym zarabiać brutto żeby jako samotny kawalet na rękę dostać ze 2 tyś :D , bo wiadomo - podatki rosną proporcjonalnie do wysokości zarobków...). No w każdym razie nie będę teraz szukał nowej pracy skoro się szykuję na operację i 2-3 tyg zwolnienia - to chyba oczywiste. Więc trochę mnie to znów blokuje... a z drugiej strony może i dobrze, że się trochę przesunie, mogłaby wypaść latem - miałbym 2-3 tyg. "urlopu" we właściwą porę roku :D

Od połowy tego tygodnia zacząłem jeździć rowerem do pracy (po tym jak we wtorek się niemal spóźniłem - no po prostu masakra, mam niecałe 5km a jechałem samochodem 20-25 minut co to, prędkość 15km/h? :/ i co kawałek podjazd i hamuję i znów światła, a tu cały sznurek samochodów przede mną... jest wszystko fajnie, pierwsza i nocna - spoko, ale na drugą zmianę samochodem tam dojechać to jest koszmar, więc od środy jeżdżę rowerem - i też mi to 20 min. zajmuje :D a przy okazji jest naprawdę przyjemnie w taki upał poczuć trochę podmuch powietrza a nie jeszcze się smażyć w tym samochodzie). Reszta dnia też była dobra (warto to sobie zapisać w pamiętniku, bo rzadko mam taki flow ;) ), taki jakiś kierownik czy kim on tam jest (najprzystojniejszy ze wszystkich facetów tam z resztą :D i do tego najsympatyczniejszy, może jedno wynika z drugiego ;) szkoda tylko że jakieś pół metra wyższy ode mnie, co najmniej XD ), mnie pochwalił. A na koniec jeszcze wydrukowałem sobie naklejki zamienne, sam! :D ha! +500 do zajebistości :D no wprawdzie widziałem jak inni to robią parę razy ale jednak nie dokładnie, a dałem radę skumać czytając ikonki i komunikaty, no kurcze, jednak jestem bystry XD no ale co mam nie być... w sumie przecież wszędzie pracodawcy/brygadziści byli ze mnie zadowoleni... można by chyba wreszcie uwierzyć, że jestem dobrym pracownikiem i to w różnych branżach. Można by, jakby się miało poczucie własnej wartości ;)
No ale też tak jakoś jadąc rowerem bardziej odpływam myślami i wczoraj myślałem o tym że w sumie to właśnie jakoś tak niepostrzeżenie minęło mi 5 lat emigracji. Jechałem przez to miasto i myślałem o tym, że pięć lat temu w życiu bym nie pomyślał, że tu będę. Wtedy mi się wydawało, że na zawsze zostanę w tej okolicy, w którą wyjechałem. Nigdy nie myślałem o tym i nawet nie chciałem mieszkać w mieście (co dopiero takim dużym), a teraz bym go na nic nie zamienił :P (już choćby dlatego, że jutro wsiadam sobie w autobus i jadę za jedyne 5€ do innego dużego miasta - jak będzie fajnie, to też opiszę). W każdym razie jestem bardzo zadowolony, że tu jestem, że takie miałem szczęście z tym mieszkaniem (stosunkowo blisko centrum, jednocześnie spokojnie, główna ulica, ale jednak trochę odstęp od niej i od mniejszej ulicy miejsca parkingowe, czasem niewystarczające - ale to się wytnie :D ), że urządziłem wszystko tak jak chciałem w sumie... że w weekendowe wieczory siadam sobie w takim pokoju jaki mi się podoba, z jakimś ciastkiem francuskim z serem i Colą i w sumie to czuję się szczęśliwy, naprawdę. Ale to takie mam ambiwalentne uczucia bardzo (ale o drugiej stronie za chwilę).
No ale pięć lat znaczy, że za rok mogę się starać o obywatelstwo. Niby trzeba ośmiu, ale po sześciu można pod jakimiśtam warunkami, jeszcze nie znam tych warunków ale już wiem że spróbuję :D A potem zmiana imion, znaczy na formy takie zachodnie żeby było prościej. Tylko jeszcze nei wiem co zrobić z nazwiskiem :P no jak nic przydałby się facet z jakimś ładnym nazwiskiem :D znaczy no już jest - nazwisko M. tak ładnie pasowałoby do moich imion :D Marzenia są fajne, fajne. Tak sobie jadę tym rowerem i szeroko się uśmiecham sam do siebie ;) często, często...

Ale czasami (jak dziś) weźmie mnie przy tej jeździe na tą drugą stronę medalu i wtedy tak sobie myślę, czy ja kiedykolwiek będę zdolny do pewnych rzeczy... No weźmy np. związki. Prawda jest taka... nie tylko taka, że jestem nieśmiały, ale ja zwyczajnie nie wiem jak to się robi - ja się poznaje ludzi, jak się zacieśnia znajomość, jak to jest spotykać się z kimś i coś więcej. Nie, właśnie nie "jak to jest" tylko "jak to się robi" - nawet tego nie wiem. A 30 lat to już na tyle dużo, że aż wstyd nie wiedzieć takich rzeczy albo uczyć się w tym wieku. No po prostu czuję się niedostosowany, nie na miejscu, w ogóle jakoś nie. Proste czynności sprawiają mi problem. A te bardziej skomplikowane za to wydają się proste. Np. pomyślałem sobie jak to czasem ktoś mówi, że ta cała korekta płci to takie wow i takie duże coś i "Ja bym się nie odważył/ja bym nie potrafił", a ja tak myślę sobie, że to przecież wcale takie trudne nie było... I że czasami to jak mam wykonać jakiś głupi pierdołowaty telefon to przeżywam to bardziej niż całą tą korektę... Taki paradoks. I że choć chciałbym czegoś, to kompletnie nie wiem jak się za to zabrać (nie, wróć, raczej czuję przekonanie, że nigdy się nie nauczę nawet za to zabierać). I boję się, że moje życie już zawsze będzie tak wyglądać, że nie znajdę w sobie siły żeby się tego (życia) nauczyć (nie wiem z resztą czy warto, no ale nie dowiem się dopóki się nie nauczę). Myślę też czasem o moim sąsiedzie z dołu - już emerycie, kawalerze... on się pewnie też tego życia nie nauczył... I wtedy myślę sobie, że lepiej byłoby umrzeć, zawsze to szansa na nowy start i że następne wcielenie będzie może choć z lepszym zestawem cech... Tak, tak bardzo, jak widać, mam ambiwalentny stosunek do mojego życia.
A może przesadzam i tym co mi ciąży jest inność - jak takie piętno, które zostaje mimo, że powinno już zniknąć...

[tagi: praca emigracja ]






Jeśli kogoś interesuje tylko korekta, to może pominąć pierwszą połowę notki i przejść od razu do drugiego akapitu ;) A ja sobie najpierw opiszę poniedziałek. A mianowicie dwa tygodnie temu dostałem pocztą zaproszenie na takie badania... chodzi o prewencję i badania co ma wpływ na występowanie chorób typu rak, cukrzyca, demencja, zawały. Ten program. Mam szczęście do takich losowań :D mieszkając pod poprzednim adresem wylosowano mnie do ankiet tekstowych na temat chorób zakaźnych. No chyba, że to nie było takie losowanie wprost tylko może specjalnie też w grupie imigrantów ;) ale tak czy inaczej, lubię takie rzeczy więc chętnie zgodziłem się wziąć udział. Nawet szybko udało mi się umówić na termin (chociaż nie wiedziałem jak będę pracował, no i oczywiście miałem pracować na drugą zmianę, ale udało mi się zamienić na nocną, więc wszystko pasuje, co najwyżej byłem trochę zmęczony ;) ). Jak wyraziłem zgodę, to drugim listem dostałem potwierdzenie terminu, bilet (powiedziałem że chcę, bo co będę samochodem się przez miasto gdzieś wlec jak mogę od nich dostać darmowy bilet) i kilkanaście stron do przeczytania :D No to był cały program, co tam się będzie odbywało itp., że ważenie, mierzenie, zawartość tłuszczu, pojemność płuc, do pobrania próbki śliny, wydzieliny z nosa, krwi, moczu, kału (można było wybranych odmówić, ja generalnie nie miałbym nic przeciwko wszystkim ale o to ostatnie to trudno na zawołanie :D w końcu wcale tego nie było, badań okulistycznych też nie było, ani żadnych prześwietleń czy USG). Tak więc w poniedziałek na 10:50 udałem się tam komunikacją miejską. Oczywiście tramwaj miał objazd (jakbym wiedział to bym całkiem innym autobusem pojechał no ale chciałem tak jak mi wypisali na mapce ;) ) i pojechał zupełnie inaczej, potem się musiałem przesiąść w autobus... którym mogłem od razu spod domu pojechać :/ A na końcu miał być kolejny autobus ale stwierdziłem, że jak mam czekać 10 minut to szybciej na pieszo te 2 przystanki dojdę i tak też zrobiłem. W końcu spóźniłem się może jakieś 10 minut, ale to nie był problem, bo oni tam chyba co kilka minut tych ludzi umawiali, więc była rotacja (w sumie niezła organizacja, ani razu długo nie musiałem czekać na żaden moduł). Zaraz mnie wzięła pierwsza pani na wstępną rozmowę (znów omawianie co i jak będzie przebiegać itp., i zawsze te pytania czy mam jeszcze jakieś pytanie - już pięć razy to czytałem i pięć razy mi o tym opowiadali /bo przez telefon też/, jakie jeszcze można mieć pytania? :D ), tam wzięła moją kartę (z kasy chorych), nr ubezpieczenia, ankietę dotyczącą miejsc zamieszkania z ostatnich 15 lat, adres lekarza domowego i podpis, że go zwalniam z tajemnicy dla tych badań. Potem czekałem kilka minut i już mnie wziął facet na pobranie próbek - coś tam pomazał w nosie ;) potem dał do pożucia jakąś parafinę czy coś na pobudzenie wydzielania śliny (ani to smaczne ani niesmaczne), pobranie krwi (w ciągu ostatniego półrocza to tyle razy miałem krew pobieraną, że już bym się chyba nie doliczył :D może chociaż trochę mniej jej będzie! ;D ), policzył zęby, no a na próbkę moczu to powiedziałem, że no akurat tak w tej chwili to będzie ciężko ;) ale nie było problemu żeby oddać później (tylko po prostu nosili za moimi papierami też ten pojemniczek :D ). Potem miałem przerwę, na której zjadłem śniadanie (zapewniali przekąski i napoje), wypiłem herbatę, byle coś pić żeby tą ostatnią próbkę oddać ;) Potem poszedłem na ankietę - babka przy kompie zadawała mi milion pytań o przebyte choroby, no o wszystko ;) Jak doszliśmy do pytania o sterylizację, no to mówię, że ee... no jestem FzM TS więc... więc w sumie to tak :D to sobie tylko zanotowała jakie jeszcze operacje (ale też pytanie było np. czy przyjmowałem kiedykolwiek transfuzję krwi), tylko przy pytaniu czy przeszedłem usunięcie prostaty mogłem dodać: "nigdy takowej nie miałem" :P No i oczywiście przyjmowane leki. W tym module znajdowały się też pytania o miejsce urodzenia, obywatelstwo, znajomość języka, bo to się chyba przydaje w interpretacji testów umysłowych (czy tam na koncentrację), które potem miałem - np. wymienić w ciągu minuty jak najwięcej zwierząt - wiadomo że mogę tu wypaść słabiej niż ktoś, kogo językiem ojczystym jest niemiecki. Tak samo jak w powtarzaniu słów do zapamiętania, czytaniu kolorów itp. innych. Ale w końcu wyszedłem nawet w tych testach chyba w średniej co jednak uważam za swój spory sukces ;) Potem posadzili mnie przy komputerze, do wypełniania ankiety kolejnej, takiej samodzielnej. Też generalnie podobne pytania, ale też trochę o samopoczucie psychiczne. Znów wziąłem coś do picia :D W trakcie ankiety przyszła babka na następne badania mnie zaprosić (ankietę można było przerwać i później do niej wrócić). Miałem się rozebrać do bielizny (to się pytała czy może być ona czy wolę kolegę, oczywiście mogła być ;) ). Tam mnie zważyła i zmierzyła (musiałem stanąć na takim czymś, ręce i nogi oprzeć, nie ruszać się itp.), tak więc oto jakby ktoś był ciekawy, dokładniejszych miar chyba już nie będę miał :D To mam 155,7cm wzrostu i ważę 56,85kg :P (ale też 21,5% zawartości tłuszczu to uważam, że nie jest tak źle przy męskiej normie 20-25% /a damskiej 33-36%/). A potem było jakieś badania mierzenia ciśnienia czy przepływu krwi w żyłach - z mankietami do mierzenia ciśnienia na ręce i nodze i tymi czujnikami pulsu na palcach nogi i ręki, tu mi wyszło w nogach trochę nisko ale tak mi to tłumaczyła, że jak mam zimne nogi (a miałem), to czujnik nie jest zbyt dokładny i to może być dlatego. Chociaż ja nie jestem tak do końca przekonany, często mam zimne nogi i ręce, więc może wypadałoby się tym zainteresować... Potem była spirometria. Tu też, pomny jakiegoś przypadku z Niebieskiego Forum, gdzie komuś wyszło poniżej normy i dopiero się okazało, że my to jednak raczej w damskich normach pozostajemy w tej kwestii, wolałem od razu powiedzieć też, żem FzM i dlatego te normy to ten... żeby mi potem nie wypisywali że gdzieś hen poniżej normy jestem i to jakaś choroba :P Babka wykazała oczywiście pełne zrozumienie i mnie jeszcze zapewniła, że oni tu to jak u lekarza - tajemnica zawodowa, i że w ogóle żaden problem. Ale też zapytała jak tam u mnie czy wszystko już po :D nie żebym coś przeciwko sympatycznym pytaniom miał, ale takie to było troszkę... ciekawskie jednak :D Samo badanie takie sobie, jakoś chyba nie załapałem na początku jak mam to dmuchać, ale było pięć prób, to coś tam wyszło w końcu (i w sumie nie wiem jakie normy mi tu określili, pewnie w ogóle jakieś indywidualne, ale wyszło mi chyba w normie, a wg tego co tu piszą to nawet jakby w normie męskiej /dla mojego wzrostu/). Potem w końcu (albo może jednak wcześniej) oddałem im tą próbkę moczu. Na koniec znów usiadłem przy komputerze i skończyłem wypełniać ankietę. A jak ją skończyłem, to była jeszcze rozmowa końcowa. Tam właśnie dostałem te wyniki, które mogli mi dać od razu (krew itp., to dostanę jeszcze pocztą), ankietę jeszcze jedną papierową do wypełnienia w domu, login i hasło do jednej ankiety na temat przebiegu dnia (wtorku) do wypełnienia w środę na komputerze (czyli dziś, właśnie to zrobiłem przed napisaniem notki) oraz... czujnik ruchu (czy coś takiego :P ), który mam nosić przez tydzień przez cały czas (tylko opinie są podzielone, ta pierwsza babka mówiła że wodoodporny i mogę się nawet w nim kąpać, ale mogę też na ten czas zdjąć, bo taki mokry pasek to pewnie nieprzyjemnie, a ta druga mówiła, że raczej nie wodoodporny i żeby nosić na ubraniu ze względów higienicznych, no a w końcu na kartce, którą do niego dostałem pisze, że wodoodporny, a nosić można na lub pod ubraniem), więc noszę, do kąpieli zdejmuję i raczej noszę na ubraniu (albo przynajmniej pomiędzy ubraniem ;) ). Potem mi jeszcze trochę papierów dała, i mówi, że torbę też mi może dać. Się chwilę zastanowiłem, ale mówię że mam plecak. Ale mimo to mogę wziąć torbę - mówi. To wziąłem, skoro dają :D (nie no, szmaciana torba z ich logo, lubię takie torby na zakupy więc fajnie). Dostałem też kopertę żeby odesłać czujnik (i wypełnioną ankietę). No i 10€ dostawał każdy uczestnik jako małe wynagrodzenie. Szaleństwo, aż nie wiem co sobie za to kupić ;D (a tak poważnie, to spoko, wziąłbym udział nawet jakbym nic nie dostał). Całość trwała ze 4 godziny i uważam za ciekawe. Ale to wieloletnie badania (planują nawet do 30 lat), może czasem dostanę jeszcze jakieś ankiety pocztą, a co 5 lat niby mają zapraszać.

Natomiast dzisiaj miałem znów termin, tam gdzie byłem na konsultacjach w sprawie poprawki mastektomii tu o tym pisałem. Tym razem wziąłem se do auta rower i byłam szybciej ;) (ale chyba mogłem sobie darować przy tej pogodzie, rower mi zmókł, a na pieszo też bym zdążył, bo to jednak nie było wcale daleko, tylko tak mi się wydawało, bo poprzednim razem szedłem najpierw do endokrynologa). No w każdym razie jak mnie już poprosili do gabinetu (w tym kraju zawsze jest tak, że pacjent zostaje poproszony do gabinetu i czeka na lekarza, bo lekarze mają kilka gabinetów/sal i taka jest jakaś rotacja, zawsze, no przynajmniej ja jeszcze nigdzie nie przeżyłem inaczej... no chyba że u endokrynologa, a to fakt, tam chyba jednak jest ciaśniej i do niego wchodzę jak poprzedni pacjent wyjdzie i jak on mnie zawoła, cała reszta lekarzy to zawsze mnie po chwili w poczekalni panie z recepcji prowadzą do pustego gabinetu i czekam na lekarza), po chwili wchodzi jakaś babka. Znowu sobie myślę, no ej, czy ja nie poznam tego takiego osławionego chirurga tylko zawsze jakiś pomocników? :P No ale nic, babka, lekarka znaczy, pyta się mnie czy już wniosek do kasy chorych został wysłany? Ja: ee, yy, że nie, że ja tu dopiero byłem na konsultacji i... w domyśle, że ja przecież jeszcze nic się nie dowiedziałem a ta mi tu wyskakuje z takim pytaniem :P No to ona, że wszystko przygotuje - i wyszła. Zostawiła jakąś kartkę, co wygląda na coś do podpisania, to se czytam co tam pisze, no i pisało ładnie tak wszystko, że to i tamto do poprawki, jakie są możliwe powikłania itp., ok, czekam dalej. Po chwili przyszedł jakiś pan doktor i zapytał czy mnie może ejszcze raz obejrzeć. No to jeszcze trochę pomacał, potem sprawdził tłuszcz i pyta czy może udo zobaczyć, ale jak zobaczył to stwierdził: "za mało tłuszczu..." :D ależ się szczupły poczułem w jednej chwili! :D aale potem mnie oświeciło, że chyba jednak tylko o udach mówił, a na brzuchu znajdzie tego tłuszczu wystarczająco (ale pewnie lepiej by było wziąć z uda, bo mniej widoczne miejsce). No w każdym razie zaproponował mi wycięcie blizn (bo faktycznie jak tak patrzę to te moje są chyba dość szerokie, chociaż nie rzuca się to aż tak w oczy no ale może mogłyby być węższe), troszkę naciągnięcie skóry, podniesienie sutków odrobinę, no i oczywiście wypełnienie tego za dużego ubytku. Jeszcze pytałem o te sutki, to co mi najbardziej przeszkadza to jak sztywnieją (za duży obszar), to zapytał czy bardzo by mi przeszkadzało gdyby w ogóle nie sztywniały, no chyba mniej niż tak jak teraz, powiedział, że może oddzielić nerwy czy cośtam i jeszcze raz - cośtam :D no w każdym razie mogę spróbować cokolwiek tam ma pomysł zrobić :P one faktycznie już nie są duże tylko tak kijowo sztywnieją (a swoją drogą mam bardzo blade sutki, bo ja w ogóle jestem blady ale to aż chyba za bardzo... ale tu może by można kiedyś pomyśleć o tatuażu medycznym). A na koniec mówi: to kiedy chce pan termin, za dwa tygodnie może być? Ja: yyy, aaa to nie trzeba najpierw do kasy chorych wniosku wysłać? On: ale gdyby oni tego nie zgodzili się zapłacić, to my byśmy musieli zapłacić, nikt by od pana tego nie ściągał. No ale, no dobrze, zapytamy. Chociaż ja bym nie pytał, to tylko poprawka. No ale zapytamy, żeby mieć pewność. Wychodzi na to, że mogłem się nie odzywać, za 2 tyg. miałbym poprawkę i tyle :D Ale nie no, musiałem zapytać, jak się nie wie jak to wszystko się odbywa to jak tu nie zapytać. W każdym razie podyktował sobie jakimś urządzeniem całą ścianę tekstu (połowy z tego nigdy nie mówiłem :D ale w sumie wszystko prawda, chyba jednak jestem wystarczająco tru-TS że się wpasowałem :D ) i się na końcu pyta czy może być, ja na to ze tak tak, oczywiście. No i mam czekać na odpowiedź z kasy chorych. I że nie powinno być problemu. "A gdyby odrzucili, proszę do mnie wrócić, ja panu pomogę." - powiedział mi na koniec. Miło bardzo :) (teraz jeszcze tylko muszę go na stronie odnaleźć, bo nazwiska dokładnie nie zapamiętałem, a muszę wiedzieć z kim rozmawiałem, no ale mają chyba cały team na stronie to myślę, że znajdę). Noo ale podobno jest dobra moja kasa chorych, to się teraz będzie miała okazję sprawdzić :P Tak więc czekam i w międzyczasie zacznę się chyba znowu interesować wszystkimi tymi specyfikami zapobiegającymi powstawaniu blizn - bo mnie się to chyba przyda... a szczerze powiedziawszy po pierwszej operacji niespecjalnie się tym interesowałem... No i jeszcze pytałem ile potrwa taka poprawka - godzinę. I 2-3 tyg. zwolnienia. To tak jakoś brzmiało jak takie nic, godzinka i po wszystkim ;) w porównaniu z tym co opisywał jeden użytkownik na Niebieskim Forum na temat poprawki po latach w Polsce - jak mu proponują jakieś cuda wianki za 30 tysięcy... Oczywiście nie zapytałem ile by taka procedura kosztowała tutaj prywatnie, zapytam dopiero jak po operacji będę :P






sobota, 16 kwietnia 2016, 02:09

takietam transowe sprawy lata "po" leczeniu ;)

Byłem wczoraj u hematologa w związku z tą podwyższoną liczbą czerwonych krwinek. Dr zerknął na moje wyniki i stwierdził, że to jest jeszcze w normie (no bo jest ale pod górną granicę). Ale że wezmą mi krew do badania i sprawdzi według swoich norm (są trochę dokładniejsze). I jeszcze coś tam sprawdzi żeby wykluczyć choroby krwi, bo chociaż u mnie jest to zapewne spowodowane testosteronem, to jednak trzeba zawsze najpierw zacząć od wykluczenia możliwych chorób. Dlatego też zrobi mi USG, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku zwłaszcza z... i tu kompletnie nie wiedziałem o czym mówi, bo słowo dla mnie obce, dopiero po wizycie sobie wygoglałem tłumaczenie - chodziło o śledzionę :D No to się nowego słówka nauczyłem. No i zaraz poszliśmy do gabinetu USG, wszystko wyszło dobrze, więc powiedział że wychodzi z założenia, że to nie będzie żadna choroba tylko testosteron. Zaraz też badanie krwi i w przyszłym tygodniu wyniki, mogę zadzwonić.
Generalnie wydźwięk wizyty był trochę taki jakby był zdania: "no przecież jest wszystko ok, a wartości są jeszcze w normie" :P (a gdyby się pogarszało, to można te upusty krwi zastosować). Ale to bardzo mnie cieszy i chciałbym żeby jeszcze się faktycznie w tych ich normach okazało, bo to mi daje czas zajęcia się wreszcie tematem krwiodawstwa. Zawsze chciałem tylko nigdy nie chce mi się konkretnie za to wziąć ;) A to by było naprawdę świetne rozwiązanie w moim przypadku. Jestem zdrowy i jeszcze się zbliżam do nadprodukcji krwi ;) Ale to już chyba faktycznie ostatni dzwonek, warto się za to wziąć zanim faktycznie nie będzie za późno i te wartości wyjdą poza normę, bo wtedy to chyba i nawet dla krwiodawstwa nie będzie za dobrze.
Jak zamierzam się za to wziąć? Ano bardzo konkretnie. Zamierzam odszukać ten list z Niemieckiego Czerwonego Krzyża potwierdzający, że hormonalna terapia zastępcza nie jest przeciwwskazaniem dla krwiodawstwa, wydrukować go, napisać samemu do nich i poprosić o takie potwierdzenie zaadresowane do mnie (a załączyć tamten list do kogoś innego chcę tylko aby się na niego powołać). Jedyny problem... jak odszukać ten list :D linkowałem nawet kiedyś do niego ale już powoli nawet na swoim blogu nie wszystko umiem znaleźć :P (chyba że nie linkowałem, ale głowę dałbym że tak). Następnie mieć takie potwierdzenie jako dowód, gdyby się jakieś stacje krwiodawstwa miały rzucać. Ale i tak zanim bym w konkretne miejsce poszedł, chcę zapytać chłopaków na grupie gdzie oni chodzą krew oddawać, bo wiem że niektórzy chodzą (tylko oni są spoza miasta chyba). A w sumie to może nawet od tego ostatniego zacznę.

Za to dzisiaj rano obudził mnie telefon. Było to kilka minut po 8:00, więc dopiero co przed godziną się położyłem (po nocnej zmianie), byłem tak nieprzytomny, że przez połowę rozmowy nic nie rozumiałem kto to i czego ode mnie chce :D Może nawet spałem jeszcze XD Dobrze, że w połowie rozmowy złapałem o co chodzi. Mianowicie dzwonili z kliniki, w której byłem na konsultacji w sprawie ewentualnej poprawki mastektomii, że by mnie dr jeszcze raz chciał zobaczyć (może już ten właściwy, a może po prostu ktoś mi powie co tam uradzili). I jadę w przyszłym tygodniu. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że zadzwonią, myślałem że sam będę musiał się przypomnieć. Jestem miło zaskoczony ;)






niedziela, 10 kwietnia 2016, 00:30

Mapa Marzeń i wspomnienie świąt

Dzisiejszy wpis sponsorują dwie myśli:

Tworzenie Mapy Marzeń prowadzi do tego, że się ma co roku co raz mniej pragnień.

a także:

Zdecydowałem. Nie biorę kota, chcę mieć dziecko :D

Rozwinięcie:
Od kilku lat robię Mapę Marzeń, bo jest to fajne, kreatywne i pozytywne, a to mi wystarczy. Właściwie robię ją chyba od 4 lat, przy czym jednego roku przegapiłem termin. Miałem więc w tym roku dwie stare mapy. Pierwsza miała postać książeczki i było tam masę rzeczy. Druga to już tylko kartka z kolażem życzeń. Nie paliłem starych, bo chciałem je mieć, włożyłem w nie sporo pracy i podobały mi się. A w tym roku mnie naszło i spaliłem obie, a potem zrobiłem zupełnie nową. Nowa ma 5 głównych zdjęć (i kilka podobnych), a moje obecne pragnienia można by nawet ująć w trzech słowach. Chyba i w tej kwestii stałem się minimalistą ;) Ale może to i dobrze, to pozwala zdecydować co jest naprawdę w życiu ważne.

Druga sprawa... w święta spotkałem kuzyna z żoną i dziećmi. I poczułem się młodszy od niego, choć to on jest młodszy. A wszystko dlatego, że on ma tą rodzinę... a to jednak odpowiedzialność. Poczułem się niedojrzały. I to nie tylko dlatego że niby rodzice są bardziej dojrzali, nie... To takie coś, że... że jak się ma dzieci, to pewne sprawy chyba nabierają właściwej wagi. A ja nadal się zastanawiam co pomyśli o mnie kasjerka w supermarkecie jak upuszczę orzeszki (if you know what I mean). Posiadanie dzieci pozwala chyba skupiać się na nich (chyba właśnie pojąłem dlaczego niektórzy rodzice tak głupieją - zaczynają się skupiać na dzieciach i wszystko im się wokół nich kręci, wkurzające z zewnątrz ale chyba to zrozumiałem, może jak człowiek ma dość własnego życia, to żyje życiem swoich dzieci, nagle ważniejsze jest żeby dziecko się nie przewróciło, nie poparzyło, jaką narysowało laurkę czy jak mu poszła tabliczka mnożenia niż własne niepowodzenie w pracy, stłuczka czy niższa wypłata) - to akurat nie zawsze jest dobre, ale posiadanie dzieci sprawia też, że przestajemy myśleć o sobie, a zaczynamy o dziecku. I nie ma już znaczenia, że ogarnia nas lęk, bo jak np. dziecko zachoruje to idziemy i pytamy lekarza co dalej. Po prostu robimy to zamiast najpierw trzy godziny powtarzać sobie pytanie i jak je wypowiemy, a potem następne trzy myśleć czy w ogóle musimy je zadawać, bo może... Nie. Dziecko potrzebuje nas i robimy to. I cholera, stwierdziłem że potrzebne mi jest mienie dziecka :D Co tam kot, kot to za duża odpowiedzialność ;) (no i kota nie można zabrać na wycieczkę do Egipu, Meksyku czy inne Seszele, a dziecko owszem i zwykle o wiele taniej). Poza tym dziecko to też dodatkowe korzyści: np. możesz kupować bezkarnie jajka z niespodzianką dla niego (co tam że sam je uwielbiasz :D ) no i nie wyglądasz głupio w wesołym miasteczku :D A jak jeszcze do tej Mapy Marzeń znalazłem zdjęcie takiej ślicznej dziewczynki... to normalnie już wiem jak będzie miała na imię :D
Także ten, stwierdziłem że to już, mi zegar biologiczny się odezwał :D I chociaż uważam, że to nie trzeba się w dzisiejszych czasach z tym spieszyć i tak do pięćdziesiątki można spokojnie mieć, więc jeszcze 20 lat lekko czasu mam, ale poważnie zacząłem się zastanawiać czy ja może powinienem pisać o tym na gejowskich profilach? Że tak na długi dystans to ja chcę być ojcem (znowu mi się wydaje, że nie ma innej opcji). Nom. Także jakby co to tu też oficjalnie może: jak jesteś facetem, który by chciał z drugim facetem (czyli ze mną) wychować co najmniej jedno (ale też chyba raczej nie więcej niż dwoje) dziecko, to odezwij się :D A jak masz coś przeciwko męskim związkom homoseksualnym z dziećmi to możesz zameldować koniowi. Czy cośtam. Dziękuję za uwagę.

P.S. - Mogę być facetem z przeszłością transseksualną, więc bezpłodnym a do tego gejem, ale to kurna nie zmienia faktu, że jestem zodiakalnym rakiem a co za tym idzie najlepszym rodzicem z całego zodiaku :P (a przynajmniej najbardziej rodzinnym znakiem ;) ).










© ja i zdjęcie też ja
rss - mylog.pl

...i inne takie tam

tu sobie piszę jak mi grafomania nie daje spokoju ;) ot takie tam pierdółki jak mi się nudzi:



instagram:



brak kategorii (101)
ukryte (13)
na hasło (0)
wszystkie (114)